Dziwne to uczucie, kiedy w środku tygodnia po pracy wsiadam w tramwaj i tak po prostu jadę na koncert Depeche Mode. Podobno najzagorzalsi fani, aby zająć miejsce tuż przy scenie, przybyli pod bramy Tauron Areny o 3 nad ranem. Depeche Mode zespół z 38-letnim stażem, ponad 100 mln sprzedanych albumów i tysiącami koncertów, przybył do Krakowa i powalił nas na kolana. Ich piosenki są w stanie zadowolić wszystkich. Depeche Mode jest jednym z ostatnich zespołów w historii popkultury, który cieszy się tak fanatycznym uwielbieniem swoich fanów. Gdy w 1980 roku zaczęli grać na swoich taniutkich instrumentach stopniowo wypracowując niepowtarzalne mroczno – industrialne brzmienie w najśmielszych snach nie mogli przypuszczać, że zawładną sceną na prawie cztery dekady. Nastała moda na Depeszowców, która tak na prawdę trwa do dziś. A Dave Gahan, jest nie do zajechania! Kiedyś wyżelowany chłopaczek, dzisiaj facet dobrze po 50., ale wciąż król. On się nigdy nie znudzi, to właściwy człowiek na właściwym miejscu, urodzony frontman, który wie jak zrobić show i nie zawaha się go użyć, aby pociągnąć za sobą tłumy. Kiedy Pan rozdawał mózgi i urodę, Gahan stanął w kolejce po kocie ruchy i wokal. Mimo, że nie jest już najmłodszym zawodnikiem, na koncertach daje z siebie wszystko i na scenie wciąż pozostaje królem. Z resztą cały zespół to fenomen mimo, że ich historia nie należy do najłatwiejszych (do standardowego zestawu: alkohol, narkotyki, kłótnie należy dodać śmierć kliniczną Gahana), ale kompozycje, które tworzą zawsze są na czasie.

Trasa koncertowa, odbywająca się pod hasłem „Global Spirit Tour” wystartowała 5 maja 2017 roku w Sztokholmie, a zakończy się 28 lipca 2018 roku w Berlinie. W sumie odbędzie się 120 koncertów na całym świecie a wśród nich trzy w Polsce, czyli mini trasa od Krakowa przez Łódź do Gdańska a jakby komuś było mało, to w lipcu wystąpią jeszcze w Gdyni na Openerze 🙂 Na koncercie w Tauron Arenie w rewelacyjnej atmosferze zagrali 20 utworów i był to mix kawałków z najnowszej płyty “Spirit” przeplatany przebojami z poprzednich albumów. Większość gości przybyłych do hali miała na sobie czarne koszulki z logo zespołu albo t-shirty z poprzednich tras koncertowych. Dave w charakterystycznych błyszczących butach i kamizelce biegał po całej scenie i integrował się z publiką na specjalnie wysuniętym trapie, Martin szalał na gitarze, Fletch zagrzewał zza klawiszy, a Christian obrabiał bębny. Bez wątpienia był to jeden z koncertów, który zapamiętam na długo, nie tylko za fenomenalne “Going to Backwards”, “Everything Counts”, “It’s No Good”, “Precious”, “In Your Room”, “Where’s the Revolution”, “Enjoy the Silence”, “Strangelove”, każda z tych piosenek ma w sobie niesamowitą energię i nie zamieniłbym żadnej na inną. Depeche Mode my Personal Jesus, jesteście debeściaki. Skończył się kolejny genialny koncert Depeche Mode, zgasły światła i nastąpiła cisza.

„Spirit” to nie jest płyta do słuchania przy śniadaniu. Członkowie Depeche Mode powiedzieli, że wiele miejsca poświęcili na niej opisom dzisiejszego świata, mówiąc delikatnie, idącego w niepokojącą stronę. Odpowiemy za swoje zbrodnie przeciw planecie, za obojętność i bierność. Te 12 utworów, które wymagają skupienia i uwagi, to mocny przekaz, oskarżenie rzucone ludzkości, która w imię postępu wcale nie idzie do przodu, ale cofa się, odwraca od historii i natury. “Spirit” przenosi nas do postapokaliptycznego świata, w którym nie ostały się żadne wartości. Finałowy numer „Fail”, w którym Martin podsumowuje: „People (…) we failed!”. Oblaliśmy egzamin z człowieczeństwa, nie daliśmy rady. Świetny album, bo Depeche Mode to pewna firma.

Depeche Mode my Personal Jesus