Spacer po Sowińcu to obowiązkowa przyjemność o każdej porze roku. Zawsze było tu pięknie, ale teraz jest arcypięknie i pewnie niemały udział w tym zachwycie mają nowe, wypasione altanowiaty w wersji familijnej i dla singli – nic tylko siadać, piknikować, podziwiać widoki jeśli tylko pogoda i krakowski smog pozwolą. Jak wieść gminna niesie, o tym bajkowym terenie fama poszła w las, a ptasie radio to roztrąbiło i pojawili się nowi współudziałowcy terenu – dziki… Koniecznie przeczytajcie co zrobić, gdy staniemy oko w oko lub kieł w kieł z dzikiem, żeby potem nie wyszedł z tego jakiś pasztet… Przeczytane? OK.

A na dodatek jeszcze ta aura, że aż chciałoby się powiedzieć ładna pogoda. Tak, w zeszłym roku o tej porze padał deszcz. Deszcz ze śniegiem…, a teraz maszerujemy spaleni słońcem. Pokręcimy się tu troszeczkę, pobawimy z psami a potem wracamy.

Droga powrotna w kierunku Błoni prowadzi obok Fortu “Kościuszko” przez Bielańsko – Tyniecki Park Krajobrazowy. Przechodząc przez Zespół Bramny wybudowany w latach 1908-09 dochodzi się do stromej ulicy Vlastimila Hofmanna, gdzie po prawej stronie na wzgórzu było kiedyś (jakieś 25 tysięcy lat temu…) stanowisko łowców mamutów, a po lewej, już prawie przy końcu, stoi dom, w którym straszy (podobno, bo osobiście nie sprawdzałam i nie zamierzam).

To już prawie koniec spaceru, jeszcze tylko fotogeniczny, żółto-zielony most nad Rudawą i zardzewiały budynek z cortenu z tarasem na dachu jak sopockie molo.

Tym sposobem baterie zostały naładowane i teraz można gdzieś polecieć…

Spacerkiem po Sowińcu